| Rasta Jazda |
|
|
|
|
"Dzienniki motocyklowe", bo od tego wypadało by zacząć opowieść o całej przygodzie. Zaczęło się niewinnie w zwykły ciepły niedzielny poranek. Inspiracją był plakat z filmu o takim właśnie tytule, który opowiadał o wyprawie Che Guewary wraz z przyjacielem przez Amerykę Południową. Ormo opisał mi, mniej więcej o czym jest film, i to był przełomowy moment. Podobnie do bohaterów filmu mieliśmy stary motocykl, nadający się do kapitalnego remontu i chęć podróżowania. Długo nie myśląc wykonaliśmy kilka telefonów i zebraliśmy "ekipę" na wycieczkę. Parę godzin później po szybkiej naprawie mojego Junaka z '64 roku wyruszyliśmy bez żadnych większych przygotowań nad Solinę. Pojechał z nami Beattles na Ormowym motocyklu WSK 125 i Meter z Pauliną na Yamasze Virago (vel. "Grzechotnik", ze względu na dźwięk jaki wydawał podczas uruchamiania silnika ;) ).
...nasze sprzęty, w Dzidzie... Po męczącej podróży ze średnią prędkością około 50 km/h, bez prądu w "Janie" dotarliśmy do punktu docelowego. O dziwo nie mieliśmy nieplanowanych postojów, bo każdy z motocykli był dzielny i niezawodny (nawet Junak do kapitalki). Wcześniej oczywiście zakupiliśmy niezbędny prowiant; parę napojów winopodobnych o smaku marcepanowym i kuszącej nazwie "Pokusa", oraz jakieś konserwy dla tasiemców. Niestety, albo i stety jak się później okazało Ja, Ormo i Beatley nie byliśmy przygotowani do noclegu w górach.. Meter z Pauliną zadbali o siebie i wzięli ze sobą namiot. Na nasze szczęście trafiliśmy na bardzo gościnne pole namiotowe gdzie tamtejszy "Pan Cieć" okazał się bardzo wspaniałomyślny i obdarował nas "niesamowitym" namiotem marki Lublin z wersalką, poduszkami i kołderkami. W skrócie, lepiej trafić nie mogliśmy. Dostaliśmy również grila i węgiel drzewny bo do kolacji też byliśmy średnio przygotowani. Z resztą ciężko na trzy motocykle zabrać namioty, gril, węgiel, prowiant itd. Odwiedziliśmy również tamtejszą dyskotekę, gdzie poznaliśmy stare bieszczadzkie powiedzenie .."kto Cię ze ściany ściągnie za dupę, ten Ci będzie pilnował chałupę".. (niestety nie mieliśmy miejsca na motocyklu dla "Pana Ochroniarza" więc został na miejscu by dalej pełnić swoje stanowisko).
...kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje... Nazajutrz, wyruszyliśmy w dalszą podróż, niestety juz tylko we trzech ponieważ pracująca część ekipy musiała wracać do swoich obowiązków. Ze względu na nasz bardzo wskazujący stan zdecydowaliśmy objechać małą pętle bieszczadzką. Planowaliśmy dojechać na sam koniec Polski, do miejscowości Wołosate, gdzie kończyła się droga. Nie udało się. Zabrakło nam paliwa, pieniędzy i wcześniej wspomnianego prądu w Junaku; naszą wyprawę musieliśmy zakończyć 30 km od celu i zawrócić. Po drodze mieliśmy drobną awarię, ale dzięki sprawnej pomocy Motocyklisty pod Rzeszowem który użyczył nam kawałek drutu z migomatu mogliśmy pędzić dalej... Dotarliśmy o zmierzchu do domów, byliśmy wyczerpani, ale bardzo dumni z siebie, że udało nam się zrobić niesamowitą wycieczkę, bez wielkich przygotowań, pieniędzy i sprzętu...
...tubylcy pod sklepem w Polanie... |
| « poprzedni artykuł |
|---|












